Kolejny dzień spędzony w łóżku. Pogoda jak na złość nie sprzyja nawet w Californii. Burzowe chmury pokrywają całe niebo, a z chmur pada lekki deszczyk. Idealna pogoda na leniuchowanie. Mama wyszła spotkać się z jakąś koleżanką a brat jest gdzieś na mieście z nowo poznanym kolegą jak się nie mylę i dobrze usłyszałam nazywa się Lucas i ma 19 lat. Fajnie że mój brat koleguje się z kimś. Może nie będzie mnie już tak kontrolował. Robi się wkurzający. Nawet bardzo.
Wciąż nie mogę zapomnieć chwili spędzonych z Ross'em. Naszej pierwszej randki.. Było wręcz idealnie. Moje uczucia są mieszane. Z jeden strony bardzo chcę z nim być ale z drugiej nie będę mogła patrzeć jak cierpi gdy dowie się o chorobie. Życie jest nie sprawiedliwe. Będąc małym myślisz że wszystko będzie idealnie. Cudowna rodzina, rodzeństwo, przyjaciele. Gówno prawda! Z wiekiem dowiadujesz się że życie to niezła suka. Problemy stają się większe, a gdy najbardziej potrzebujesz wsparcia nigdy go nie dostajesz. Samotność to uczucie które doskwiera ci najczęściej. Z czasem próbujesz wszystko odbudować ale czy jest łatwo? Nigdy nie jest. W końcu osiągasz cel. Jesteś szczęśliwy ale ktoś zawsze czeka aż coś ci się nie uda. Ale jak to mówią : Trzeba doceniać to co się ma, bo życie może zabrać o wiele więcej.
Leżąc w łóżku poczuła lekkie mrowienie w tylnej kieszeni. Wiadomość.
Natalie; Hey. Co robisz? ;)
Olivia: Śpię. Daj mi spać.
Może i nie śpię ale nie mam ochoty na spotkanie.
Natalie: Otwórz drzwi.
Olivia: Dlaczego?
Natalie: Otwórz te drzwi cholerne bo marzniemy!
Co?! Czy ona tutaj jest? Ale że 'my' marzniemy?! To ona nie jest sama? Super! Miał być samotny dzień a teraz cała banda stoi za moimi drzwiami. Kocham ich oczywiście ale nie potrafią przeżyć beze mnie jednego dnia? Ech.. Właśnie! Oni stoją przed drzwiami.
Szybko zwlekłam się z łóżka i podreptałam do drzwi. Lekko je uchyliłam chcąc się z nimi podroczyć.
- Kto tam? - zapytałam próbując ukryć uśmiech.
- To my! Otwórz te cholerne drzwi bo marznę. - wykrzyknęła Natalie. Chyba jest nieźle zła. Postanowiłam nie ryzykować. Otworzyłam drzwi wpuszczając całą bandę. Natalie, Rydel, Ross'a, Riker'a, Rocky'ego i Ellington'a.
- Po co przyszliście? - spytałam spadając na miękką kanapę.
- My tutaj przychodzimy bo zbiera się na burzę. Chcemy z tobą posiedzieć bo wiem że się jej boisz. - Natalie mrugnęła do mnie. Mają rację trochę boje się burzy a na zewnątrz już się ściemnia - A ty cię pytasz 'po co przyszliśmy'? Czuję się urażona. - prychnęła.
- On no nie wkurzaj się. - powiedziałam i przytuliłam ją. Po tym wszyscy usiedliśmy na kanapie zastanawiając się co robić.
- Może oglądniemy telewizję? - spytał Ellington.
- Ell jesteś taki ułomny czy tylko udajesz?- spytała bruneta Natalie.
- Co? Czemu? - zapytał kompletnie zdezorientowany.
- Bo jakbyś nie zauważył na zewnątrz jest burza jak cholera!- wykrzyczała.
- No fakt. - burknął pod nosem a my wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Skończyło się na tym że chłopcy zwijali się po ziemi bez powodu a robiłyśmy im fotki. Czasami zastanawiam się czy oni kiedykolwiek dorosną. Choć w ogóle czego ja oczekuję? Że oni zmądrzeją? Nie możliwe.
- Chłopaki z czego wy się tak w ogóle śmiejecie? - zapytała Rydel.
- Nie wiemy. - odrzekli chórem. Teraz to my śmiałyśmy się z nich. Po ogarnięciu się postanowiliśmy normalnie porozmawiać.
Siedzieliśmy w salonie rozmawiając w najlepsze. Gdy w pewnym momencie w całym domu zapadła ciemność.
- Aaa! - ktoś pisnął jak mała dziewczynka. To pewnie Rydel albo Natalie.
- Kurwa mać, Rocky pokaż że jesteś facetem i się nie drzyj! Musieli wyłączyć prąd z powodu burzy idioto! - Krzyknął Riker, Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Byłam pewna że to któraś z dziewczyna ale Rocky? Życie jednak potrafi zaskakiwać.
- Sorry stary, tak jakoś wyszło. - oznajmił brunet.
- Wiecie co? Jestem głodna a wy? - spytałam. Wszyscy zgodzili się ze mną dlatego postanowiłam iść po chipsy. Stąpałam po woli po zimnych kafelkach próbując odnaleźć chipsy które wcześniej zostawiłam na blacie. Znalazłam moją zgubę i ruszyłam w kierunku salonu. Idąc jednak wpadłam na kogoś i obuje runęliśmy na ziemię.
- Aaa! Kto to? - spytałam próbując rozpoznać tajemniczą postać.
- To ja Ross. - odpowiedział. Podniosłam się z podłogi po czym otrzepałam swoje rurki.
- Gdzie reszta? - spytałam próbując namierzyć kogoś w ciemności.
- Nie wiem. Byłem w toalecie a jak wróciłem to ich nie było. - oznajmił od razu. Tylko mi nie mówcie że oni coś kombinują... Pozabijam ich gołymi rękami jeśli coś zrobią. - Mamy przerąbane. Bo jeżeli oni zniknęli to znaczy że mają jakiś zjebany plan. pewnie na to żeby nas wystraszyć. - oznajmił. Czyli moje przypuszczenia się sprawdziły.
- To co teraz zrobimy? - tym razem wyszeptałam.
- Spróbuj zachowywać się normalnie. - oznajmił także szeptem. Szliśmy pomału korytarzem. Postanowiliśmy ich poszukać. Ale raczej nam to nie wyjdzie bo prędzej pozabijamy się o własne nogi. Jest całkowicie ciemno a jedynie co nam daje światło to błyskawice co kilka minut. Scena jak z jakiegoś głupiego horroru. Zaraz coś wyskoczy z szafy albo z za ściany i nas zje. Znaczy z głodnym Rocky'm nic nie wiadomo, bo jak jest głody może zrobić wszystko.
Idąc ciemnym korytarzem nagle usłyszeliśmy huk.
- Słyszałeś? - szepnęłam do blondyna. Pokiwał jedynie twierdząco głową.
- Ten dźwięk dochodził z łazienki. Sprawdzamy? - spytał. Tym razem ma skinęłam głową na znak zgody. Powoli zbliżaliśmy się do celu. Im bliżej byliśmy tym wyraźniejsze szepty słyszeliśmy. Ross chwycił klamkę i jednym zwinnym ruchem wszedł do środka jednocześnie zapalając światło a szczęście prąd wrócił...
- Ja pierdole. - to jedyny wyraz jaki przeszedł mi przez gardło. Łazienka wyglądała jakby przeszło prze nią tornado. Mało tego ona pływała! Dosłownie pływała! Ludzie oni mi zalali łazienkę!
- Kto to zrobił? - wysyczałam przez zęby patrząc na każdego po kolei. Wszyscy praktycznie w tym samym momencie wskazali palcami na Rocky'ego.
- No, no Rocky.. Kto by przypuszczał że nie dożyjesz swojej 20.. - zbliżałam się powoli do niego. Widok jego przestraszonej miny był bezcenny.
- Dlaczego mam nie dożyć 20-stki? - spytał z przerażeniem na co ja jedynie się zaśmiałam.
- Zastanawiałeś się jak by to było gdyby ktoś znalazł cię martwego w zalanej łazience?
- Ym.. Trudne pytanie.. Ale Nie! - krzyknął i uciekł z łazienki a reszta za nim. Chciałam ruszyć w pogoń z nimi lecz poczułam silne ręce na mojej tali.
- Nie goń ich, nie warto. - Ross szepnął mi na ucho. Poczułam przyjemny dreszcz. Czy to możliwe że Ross tak na mnie działa?
- Ross. On zalał mi łazienkę. Matka mnie zabije. - powiedziałam cicho próbując oswobodzić się z jego uścisku. Na marne. Blondyn ma dwa razy więcej siły niż ja.
- Posprzątamy to. - zapewnił po czym sam rozluźnił uścisk. Razem udaliśmy się do salonu gdzie reszta siedziała jak na szpilkach.
- Dobra.. Teraz na poważnie musicie pomóc mi posprzątać łazienkę. - powiedziałam stanowczo. Wszyscy od razu się zgodzili. Czuje że to będzie ciężki wieczór.
**
Rozdział 6 jest! Nawet nie wiecie jak trudno było
mi się pofatygować żeby go napisać! ISTNY KOSZMAR!
Ale nie o tym! Jak wiecie może i nie dzisiaj URODZINY
OBCHODZI NASZ KOCHANY I NIE POWTARZALNY
ROCKY MARK LYNCH! Matko już 21 urodziny! Jak tyn czas
szybko leci. Niedawno mały chłopczyk *nie będę płakać*
No to jedynie co mi zostaje to życzyć mu 100 lat <3

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz